Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tangerine Dream. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tangerine Dream. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 stycznia 2018
piątek, 8 grudnia 2017
piątek, 3 listopada 2017
piątek, 21 października 2016
poniedziałek, 13 czerwca 2016
piątek, 10 czerwca 2016
piątek, 22 kwietnia 2016
piątek, 27 lutego 2015
poniedziałek, 23 września 2013
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
poniedziałek, 9 lipca 2012
czwartek, 5 lipca 2012
sobota, 3 marca 2012
czwartek, 16 lutego 2012
czwartek, 2 lutego 2012
Tangerine Dream -Sorcerer
Jest rok 1977, grupa pracuje w swoim najlepszym składzie, nagrywa swoje najlepsze płyty. I bierze się za tworzenie muzyki filmowej. "Sorcerer" to pierwsza taka próba, która na dodatek trzyma poziom "normalnych" albumów zespołu. Nigdy nie widziałem filmu, do którego powstała ta muzyka (może pora nadrobić zaległości?), ale ta broni się sama. Nie mam tutaj wątpliwości, o których pisałem w poście na temat soudtracku do Gwiezdnych Wojen. Utwory TD mogą funkcjonować same w sobie, a nie tylko jako tło do obrazu.
Ale w moim odczuciu jest to muzyka troszkę inna niż poprzednie płyty. Wcześniejsze były bardzo przestrzenne, słuchacz wręcz mógł unosić się, eksplorować i czuć tę potęgę generowanych elektronicznie dźwięków. Na "Sorcerer" czuć gęstą, osaczającą atmosferę. Nie ma relaksacyjnego odpoczynku, jest mroczna ciemność. To chyba jedyna płyta TD nagrana w takim klimacie. Co nie znaczy, że jest gorsza, o nie! Jest świetna... Czasem warto wejść w mrok, żeby docenić światło dnia...
To kaseta nagrana z radia. Na pewno z Trójki. Wieczorem, o 22 bodajże we czwartek, była audycja poświęcona muzyce elektronicznej. Uważny czytelnik zapewne zauważył dopisane piosenki na każdej stronie kasety. Pasują do klimatu płyty jak pięść do nosa, ale zawsze dogrywałem jakieś tam cudowności na końcu, żeby nie było denerwującej ciszy do końca strony. Nie lubię przewijać taśmy, żeby móc posłuchać drugiej strony od początku, a słuchanie ciszy też mnie nie pociągało. No i tu mamy Pet Shop Boys, Tanitę Tikaram i Enyę :-)
Ale w moim odczuciu jest to muzyka troszkę inna niż poprzednie płyty. Wcześniejsze były bardzo przestrzenne, słuchacz wręcz mógł unosić się, eksplorować i czuć tę potęgę generowanych elektronicznie dźwięków. Na "Sorcerer" czuć gęstą, osaczającą atmosferę. Nie ma relaksacyjnego odpoczynku, jest mroczna ciemność. To chyba jedyna płyta TD nagrana w takim klimacie. Co nie znaczy, że jest gorsza, o nie! Jest świetna... Czasem warto wejść w mrok, żeby docenić światło dnia...
To kaseta nagrana z radia. Na pewno z Trójki. Wieczorem, o 22 bodajże we czwartek, była audycja poświęcona muzyce elektronicznej. Uważny czytelnik zapewne zauważył dopisane piosenki na każdej stronie kasety. Pasują do klimatu płyty jak pięść do nosa, ale zawsze dogrywałem jakieś tam cudowności na końcu, żeby nie było denerwującej ciszy do końca strony. Nie lubię przewijać taśmy, żeby móc posłuchać drugiej strony od początku, a słuchanie ciszy też mnie nie pociągało. No i tu mamy Pet Shop Boys, Tanitę Tikaram i Enyę :-)
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Tangerine Dream -Poland
Tak więc w 1983 roku zespół przyjechał do Polski, aby zagrać koncert w Warszawie. Podobno było to wielkie wydarzenie, bo artyści zza żelaznej kurtyny pojawiali się w Polsce rzadziej niż niż papier toaletowy w sklepach... A że na dodatek chłopaki tylko wygrywali swoje melodyjki na jakichś tam udziwnionych pianinach, to czerwona władza nie bała się, że nieprzewidzianą piosenką wezwą lud pracujący do strajkowania, czy czegoś podobnego. Zresztą w tym samym roku odbyła się też trasa koncertowa Klausa Schulze, więc chyba ktoś tam z wierchuszki uznał, że to bezpieczny rodzaj muzyki: "-Siedzą, Towarzyszu, słuchają, trochę kiwają się na boki, uśmiechają się nie wiadomo czemu... Żadnego pogo, żadnego noł fiuczer. Głupi, ale za to spokojni, hehe!" -może tak właśnie byli odbierani fani el-muzyki.
A co z tą Polską? Eeee... To znaczy z płytą "Poland".... Mamy tutaj dwupłytowy album z czterema utworami -po jednym na stronę longplaya. Poszczególne utwory dzielą się jeszcze na sekcje (ja wolę je nazywać tematami), które mają osobne nazwy. Najsłynniejszym tematem jest "Warsaw in the sun", który jest częścią "Barbakanu". Gdzie oni ujrzeli słońce w tej szarej polskiej rzeczywistości tamtych lat -nie wiem, ale z muzyki bije mnóstwo pozytywnej energii która błogo rozlewa się po całym ciele. Poza tym bardzo lubię "Horizon". Zwłaszcza drugi temat, który niepokojąco rozpoczyna się dynamiczną syntezatorową melodią i tak toczy się ciągnąc ten temat i przykuwając do siebie uwagę aż do końca płyty.
Album powstał po wspomnianej już na moim blogu "Hyperborei" i mimo, że utyskuję tam na coraz słabszą wartość twórczości Tangerine Dream, to "Poland" zawiera muzykę o wiele od niej ciekawszą, głębszą. Jeszcze nie czuć tu miałkiego pobrzękiwania na klawiszach. Jeszcze czuć ducha starego TD, jeszcze warto posłuchać tej płyty...
sobota, 19 listopada 2011
Tangerine Dream -Livemiles
Album koncertowy z materiałem nagranym podczas występów w Albuquerque w USA (Part One) i w Zachodnim Berlinie (Part Two). Płyta pochodzi z roku 1988 i jest to już okres, w którym grupa notuje spadek formy. Zresztą, według mnie, zespół już nigdy potem nie nagrał muzyki która by chociaż dorównywała poziomem do "Encore" czy też "Ricochet". Co prawda zespół jeszcze podtrzymuje tradycję grania na koncertach zupełnie nowego materiału, ale niestety muzyka nie jest tak absorbująca jak kiedyś... Lubię tą płytę trochę na przekór, można jej sobie posłuchać w chwili relaksu, bez potrzeby osiągnięcia emocjonalnej ekstazy. Album jest ostatnim z "Okresu Niebieskiego", po nim nastał "Okres Melrose" w którym zostały nagrane takie cuda, o których lepiej w ogóle nie pamiętać...
Pewnego rodzaju smaczkiem tej płyty jest to, że ponad połowa materiału została zarejestrowana w... studiu, a nie podczas koncertów. Tangerine Dream często "dogrywali" w ten sposób materiał do nagrań koncertowych, ale tu już poważnie przesadzili!
wtorek, 30 sierpnia 2011
Tangerine Dream -Hyperborea
Hyperborea już niestety pochodzi z okresu działalności Tangerine Dream, kiedy to ich muzyka praktycznie przestała na mnie robić jakieś większe wrażenie. Płyty przestały być nowatorskim, rwącym strumieniem świeżych pomysłów, a zaczęły przypominać proste generowanie miałkich melodyjek z komputera.
Już na Hyperborei to słychać. Moim ulubionym utworem tutaj jest "No man's land", szybki, dynamiczny, taki do posłuchania jednym uchem przy robieniu czegoś innego. Następny jest tytułowy kawałek, który jest właśnie takim wygenerowanym numerem z kompa. Kurcze, w naszych czasach zrobienie takiego numeru trwałoby może pół godziny! Na szczęście "Cinnamon road" jest ciekawszy. Posiada coś, co można by nawet nazwać rockowym zacięciem, pojawiają się jakby gitarowe dźwięki dodające muzyce trochę energii i polotu. Cały utwór jest w sumie krótki jak na elektroniczne standardy (niecałe cztery minuty) i oparty na jednej melodii, ale miło się go słucha.
Dopiero ostatni utwór na płycie daje odczucie obcowania ze starym Tangerine. "Sphinx Lightning" to długa, rozbudowana kompozycja, refleksyjnie tworząca spokojnie stonowany klimat. O, tego NAPRAWDĘ dobrze się słucha! W sumie płyta mogłaby się składać z dwóch kawałków: pierwszego i ostatniego i nic by nie straciła.
czwartek, 7 lipca 2011
Tangerine Dream -Ricochet
Tak, już wiecie, że to mój ulubiony zespół.
Płyta jest zapisem koncertów z roku 1975 które odbyły się we Francji i Wielkiej Brytanii i jest materiałem z najlepszych czasów Tangerine Dream, gdy w składzie byli Edgar Froese, Chris Franke i Peter Baumann.
Ciekawe jest to, że zespół w tamtych latach nie grał materiału ze swoich wcześniejszych płyt, tylko przygotowywał nowy materiał na trasę. Dzięki temu ich albumy koncertowe są jedyne w swoim rodzaju. Nie ma na nich "przebojów" i z rzadka trafią się odgłosy publiczności (która grzecznie siedziała na miejscach i podziwiała show).
Ciekawe jest to, że zespół w tamtych latach nie grał materiału ze swoich wcześniejszych płyt, tylko przygotowywał nowy materiał na trasę. Dzięki temu ich albumy koncertowe są jedyne w swoim rodzaju. Nie ma na nich "przebojów" i z rzadka trafią się odgłosy publiczności (która grzecznie siedziała na miejscach i podziwiała show).
A muzyka tak napełnia energią, że aż czuję, jak unoszę się na fotelu. W sumie to tylko dwa utwory, ale każdy z nich zawiera w sobie tyle tematów i improwizacji, że starczyłoby zapewne na jeszcze trzy takie płyty.
Zamykam oczy i unoszę się w swojej wizji tajemniczo elektronicznego świata tak misternie utkanego przez magików z Mandarynowego Snu. Proszę mi teraz nie przeszkadzać.
sobota, 29 stycznia 2011
Tangerine Dream -Quichotte
A dziś analogowo! Tangerine Dream ze swoim albumem z roku 1980 -Quichotte.
Czy zachwyca? Jak nie zachwyca, skoro zachwyca?
Muzyka elektroniczna z lat 70-tych i 80-tych ma w sobie coś magicznego. Coś, co umknęło współczesnym twórcom. Płyty z tamtych lat mają w sobie magię poszukiwania nowych dźwięków, a nie było to proste. Instrumenty miały wielkość szaf połączonych ze sobą kilometrami kabli, a moc obliczeniowa tych landar mogła się równać współczesnym kalkulatorom. A mimo to powstawały albumy piękne, pozwalające na moment oderwać się od tego świata i zanurzyć się w ulotnych chwilach abstrakcyjnej wolności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















