Pierwszy to taki, że kompletnie nie rozróżniam utworów :-) Lubię tą napierdzielankę, ale jaki to kawałek, z której płyty -zabijcie mnie, nie wiem. Więc tak naprawdę to nie ma znaczenia, czy bym tu przedstawił powyższy "The wretched spawn" czy też "Butchered at birth" (od tego drugiego rozpoczęła się moja przygoda z Kanibalami).
Drugi problem jest taki, że przesłuchanie jednej płyty dostarcza mi takiej dawki energii, że wystarcza na miesiąc. Nie mógłbym cały dzień spędzić przy death metalowych rykach. To dla mnie za dużo.
Osobnym tematem są okładki płyt -tak obrzydliwe, że aż na swój sposób... niepowtarzalne. Chciałem napisać "piękne" ale grubo bym przesadził :-) W niektórych krajach były nawet zabronione, a we wszystkich zestawieniach nakrwawszych okładek Cannibal Corpse trzyma czołowe pozycje. A palmę pierwszeństwa dzierży wspomniany wcześniej "Butchered at birth".
To jak? Słuchamy?
