środa, 8 czerwca 2011
Scorn -Logghi barogghi
Uwielbiam tą płytę. Zresztą praktycznie wszystko co zostało wydane pod szyldem Scorn jest kapitalne.
Perkusista Napalm Death postanowił nagrać coś innego i robi to całkiem nieźle. Płyta jest gęsta jak smoła, czarna ciemnością diabelską jak smoła i basowo rytmiczna. W ogóle tu dużo basu, mrocznej dark-ambientowej schizy i emocjonalnego niepokoju. Stanowczo nie polecam ludziom przechodzącym akurat jakieś egzystencjalne rozterki. A co najdziwniejsze, to tacy właśnie najbardziej lubią takie dźwięki!
Skąd to wiem? Heh, kto z nas nie przechodził bólu dorastania, panicznego samookreślenia swojej kruchej osobowości i nieudolnych prób osiągnięcia jako-takiej niezależności? No, kto?
wtorek, 7 czerwca 2011
Jean Michel Jarre -En attendant Cousteau
Dziś syn nie miał zamiaru wieczorem zasnąć. Godzina na zaśnięcie już dawno minęła a ten dalej skacze!
"Czekaj ty" -pomyślałem. "Już ja cię załatwię!" Chwyciłem go na ręce, smoka załadowałem do otworu gębowego i poszliśmy do mojej nory (nora to taka lokalna nazwa pokoju w którym niepodzielnie rządzi bałagan i sprzęt audio). Chwila zastanowienia i w cedeku ląduje "Czekając na Cousteau" Jarre'a.
To chyba ostatnia jego płyta którą da się słuchać. A i to nie w całości. O ile pierwsze Calypso jeszcze jakoś się broni, to pozostałe dwa są po prostu syntezatorowo-popowymi popierdywaniami.
Ale prawdziwą perełką (a raczej sporą perłą biorąc pod uwagę czas trwania) jest tytułowy "En attendant Cousteau". To francuskojęzyczna wersja tytułu, po bardziej przyjaznemu angielskiemu jest to po prostu "Waiting for Cousteau". Trwa on ponad 40 minut i jest medytacyjno-relaksującym arcydziełem. Cała płyta jest poświęcona słynnemu badaczowi głębin morskich, ale to właśnie ten utwór najpełniej oddaje spokojną dostojność, ciszę i potęgę podwodnych przestrzeni.
Przez chwilę kołysałem się z potomkiem na rękach aby po kilku minutach poczuć, że chyba śpi. Mogłem usiąść. Teraz należało poczekać 10-15 minut aż porządnie zaśnie i zanieść smyka do jego łóżeczka. Przykryłem go delikatnie kołderką i szybciutko-cichutko pobiegłem do nory, coby jeszcze raz od początku, ale już w słuchawkach, poczekać na Cousteau.
poniedziałek, 6 czerwca 2011
sobota, 4 czerwca 2011
Gustav Mahler -Pieśń o Ziemi
10 czerwca o 22:00 na szczecińskim cmentarzu centralnym odbędzie się koncert dedykowany "Tym, którzy nie powrócili z morza". Pewnie nie zwróciłbym na to szczególnej uwagi gdyby nie to, że mam kumpla, który uwielbia to dzieło i pod jego wpływem niejako będąc właśnie sobie tego słucham.
Jest bardzo możliwe, że się tam we dwóch wybierzemy. Bilety w cenie 38 zeta do nabycia tutaj:
Opera na Zamku
Cykl koncertów "Tym, którzy nie powrócili z morza" ma już pewną historię, byłem na jednym kilka lat temu. Wtedy wystawiane było Requiem Mozarta.
piątek, 3 czerwca 2011
Dżem -Najemnik, Detox
Wczoraj dostałem od koleżanki Ziba ponad pięćdziesiąt kaset, które miała zamiar wyrzucić na śmietnik. Dziś do decka wskoczył najpierw Najemnik, potem Detox. Nigdy nie byłem wielkim, oddanym fanem Dżemu, lubię co niektóre ich kawałki, ale nie mam jakiejś fobii Riedla. Więc nie podchodzę do ich twórczości na klęczkach.
Najemnik -kaseta zgrana do cna, słychać, że poprzednia właścicielka lubiła jej słuchać. Ale w porównaniu z Detoxem, to jest to o wiele słabsza płyta. Jaśniejszym momentem jest Modlitwa III i oczywiście Wehikuł czasu. Ten ostatni było słychać tylko na prawym kanale, nic nie dało czyszczenie głowicy i próbowanie odsłuchu na innym sprzęcie. Ale mimo to ten utwór doskonale się się słucha, aż samemu by się chciało wyskoczyć do klubu Puls.
A Detox? Trudno słuchać tej kasety bez chwili refleksji nad losem Ryśka. Muzyka piękna, przejmująca, chwytająca za serce. Ciężki los wokalisty odcisnął potężne piętno na tej muzyce i z jeden strony to przeraża, a z drugiej... Czy ta płyta mogłaby powstać, gdyby nie walka z nałogiem? Muzyka to okrutna pani -czasem żąda wysokiej ceny za wspaniałe dzieło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




